zylwus blog

Twój nowy blog

Są takie osoby, których towarzystwo pozwala odzyskać wiarę w ludzi, życie, wszechświat. O których sama myśl sprawia, że w głowie jest lepiej, spokojniej i bardziej wiosennie. Które nie boją się żyć marzeniami. Pomimo tego, że współczesny świat stara się jak może, żeby o tych marzeniach zapomniały. I dlatego mam ochotę się obrazić na współczesny świat, który
najchętniej zrobiłby z nas szarą masę, wiecznie czekającą na weekend, na wakacje, na życie. Ale szkoda mi czasu na takie obrażanie się, przecież taką cenną energię można wykorzystać na przyjemniejsze rzeczy. W końcu nad realizacją marzeń też trzeba się namęczyć. Podobno moje pokolenie pokutuje za to, że wychowaliśmy się na Disneyu. Zazwyczaj mówi się o tym w kontekście wysokich wymagań w stosunku do miłości i książąt z bajki. A ja mam w nosie książąt, przecież smoki, żaby i guźce są o wiele ciekawsze. Disney natomiast nauczył mnie spełniania marzeń, mimo przeciwieństw losu. Skoro w bajkach się udaje, to dlaczego nie w życiu? Jeden z moich CouchSurferów opowiadał mi o małym europejskim miasteczku, gdzie na jednej z ulic, pewien mężczyzna puszczał wielkie bańki mydlane, ku uciesze przechodzących dzieci. Opowieść zakończyła się tak: „Ten mężczyzna zmienił moje życie. Zrozumiałem wtedy, że dla wszystkich jest miejsce na świecie, że w każdym miasteczku jest miejsce dla kogoś, kto chce puszczać bańki mydlane”.

[Fi, z dedykacją, nie poddawaj się]

Czasami miłość to po prostu za mało, chociaż nadal mi się to nie mieści ani w głowie, ani sercu. Najlepiej byłoby uciec z własnej głowy, zamiast serwować sobie tysiące niemożliwych scenariuszy.

Magia jedzenia działa na wszystkie dziedziny życia, także na te naukowe. Myślałam, że trudno będzie przebić lutowy weekend integracyjny z psychodietetyki, ale pierwsze egzaminy z dietetyki zdecydowanie pobiły go na głowę. Podróż do Lublina miała być dwudniowa, ale z racji tego, że prawie zawsze, kiedy wyjeżdżam, poznaję moich przyszłych mężów, wycieczka zdecydowanie musiała się przedłużyć do niedzieli. Bardzo trudne kolektywne egzaminy, sztuczki magiczki, Kretek i Myszka, drift na wózku, przemycanie do hotelu i nie wiadomo kto jest głupszy, i gdyby babcia wiedziała… Natomiast mama wiedziała zanim my wszyscy wiedzieliśmy, ale mamy już tak mają. Limit szaleństwa wykorzystany na całą zimę i można teraz spokojnie zapaść w sen, ale przynajmniej można się uśmiechać. A w Lublinie i tak najwspanialszy jest pomnik Marii, która taaak się patrzy.

Nie mogąc zalogować się do mojego koffanego blogaska, aby spłodzić nową notkę, zaczęłam czytać te stare. I nie mogłam się oderwać, i ciągle była „jeszcze jedna strona”. Jak zwykle powinnam robić różne inne ważne rzeczy, ale po co, skoro można sobie popisać. Konkluzja z ostatnich dni jest taka, że starożytni Indianie mieli rację, kiedy mówili, że nigdy nie mów nigdy i że wymyślili zwroty takie jak „a nie mówiłam” oraz „wiedziałam, że tak będzie”. Moi znajomi są bardzo mądrzy, bo przyznają mi rację, że odrobina (albo i dwie) przyjemności jest tak naprawdę o wiele ważniejsza w życiu niż jakaś głupia godność. A Hania ma najlepsze mieszkanie na świecie, które jest jak wskoczenie do dziury za królikiem lub podróż na drugą stronę szafy. Ciągle można odkrywać coś nowego i ciągle trzeba czemuś robić zdjęcia. Ostatnio odnajduję uszną przyjemność, kiedy to słyszę w pracy „cześć Sylwia”, bo to zawsze miłe, że przystojni mężczyźni pamiętają moje imię i jeszcze tak ładnie je wymawiają. A moje urodziny zapowiadają się najlepiej na świecie i nawet nie mam czasu się martwić tym, że się starzeję i że w tym wieku to już powinno się być mądrą i odpowiedzialną. Ja wciąż stawiam na fiołki w głowie.

szop pracz

2 komentarzy

Dobrze jest mieć wokół siebie wspaniałych ludzi. Bo jak się wraca z Francyji to jest źle, i smutno, i tęskniąco, a później przyjeżdża Fiol ze swoim disneyowskim serduszkiem i daje mi mnóstwo energii i uśmiechu. I znowu love is in the air i wszystko jest możliwe. Szalone imprezowanie z Mulan i Królem Lwem, kakaem i najpyszniejszymi na świecie muffinami marchewkowo-ananasowymi zostało przerwane przez telefon „rodzę”, więc mniejsza połowa naszej drużyny musiała jechać do szpitala. A następnego dnia Fiol była cwaną bestią i jednym zdaniem „opowiedz mi o tym, bo to ciekawe” rozładowała całe moje zdenerwowanie przed prezentacją. A moja nowa praca wymaga tego, żebym przypominała sobie czym jest utleniacz i reduktor i na czym polega spalanie magnezu. Może będzie wymagać ode mnie opieki programowej nad całą szkołą i jest to duże wyzwanie na początek, dlatego trzymamy za nie kciuki, bo wyzwania są dobre. Kciuki należy też trzymać za kontynuację mojej edukacji. Bo zapisałam się na studia myśląc, że zapisuję się po to, aby dostać legitymację i korzystać ze zniżek. Ale jak już mnie przyjmą to dlaczego by nie skorzystać i nie pouczyć się nowych rzeczy, szczególnie, że chcą mnie uczyć języka rosyjskiego, a język rosyjski bardzo się przyda podczas wymarzonej podróży po Gruzji. A gdyby udało się zaliczyć rok to może jeszcze jakieś erasmusowe praktyki? Ale póki co dokształcam się na inne sposoby, czyli korzystam z coursera.org, którą to pokochałam całym sercem. Cieszę się na każdy kurs jak dzieci, które idą pierwszy raz do szkoły. Ktoś mi ostatnio zrobił chyba pranie mózgu i bardzo mi z tym dobrze.

Z Kozą jesteśmy już tak stare, że siedząc nad winem rozmawiamy o starych dobrych czasach, kiedy świat był mniejszy i internet był mniejszy i można było rozeznać się w całej blogowej społeczności. I rozeznawało się w społeczności codziennie i się w niej codziennie uczestniczyło. Kiedyś można było we wszystkim znaleźć coś godnego opisania (nawet jeśli może godne wydawało się jedynie dla mnie). A teraz co? Popełnianie notek raz na pół roku, zazwyczaj kiedy jest źle i chce się po prostu wyrzucić potwory z głowy gdzieś tam daleko. Na szczęście nie wszystkie dobre rzeczy się kończą. Zapoczątkowane blogowe znajomości trwają dalej, dzięki temu jutro mogę być dobrą żoną dla Fiol i ugotować jej obiad, a później zabrać na romantyczny spacer na Powiśle. 
Z Kozą na szczęście nie jesteśmy tak stare, żeby nie chodzić na randki i cieszyć się z nich jak gimnazjalistki. I wiemy, że najważniejsze jest rozprzestrzenianie miłości i że to działa.  

Fajnie jest mieć 16 lat w wieku lat 24 [jeszcze]. Myślę, że nawet fajniejsze niż posiadanie lat 16 w wieku lat 16. Czerwone wino, Flunk i nocne gotowanie też są fajne.

No nie działa i już. A chociaż raz przecież mogłoby zadziałać. A działa w zupełnie inna stronę, bo po co ma być łatwo, skoro wszystko jeszcze bardziej można skomplikować. Ciekawe czy można roztrzaskać się dwa razy jednocześnie. 

Co to będzie?

Oby było dobrze, bo na źle już nie mam siły.

kłamca kłamca

1 komentarz

Już na pierwszym roku psychologii odkryłam, że statystyki kłamią. I badania psychologiczne też. Ale myślałam, że chociaż niektóre teorie mają sens, szczególnie te o podłożu biologiczno-chemicznym. Np. ta, że po 3 latach nie ma już zakochania, jest przyzwyczajenie, intymność, a i owszem, ale hormony szczęścia już nie są produkowane. To ja się chciałam zapytać Szanownych i Mądrych, skąd u mnie wciąż te pterodaktyle w brzuchu? Bo na pewno nie z powodu zęba mądrości, który to postanowił sobie zacząć rosnąć pod koniec weekendu w Karpaczu, gdzie upewniłam się czego na pewno nie chcę robić w życiu. I że ludzie to są jednak upierdliwi i szukają dziury w całym. Podczas weekendu odkryłam również, że się starzeję, ponieważ nie zasnęłam na żadnym z koncertów jazzowych. No ale jak tu spać, skoro ciary przechodzą przez całe ciało, kiedy Mazolewski nie gra muzyki, bo on cały jest muzyką. I kiedy cała 5 ma tyle energii, że mogliby konkurować z elektrownią jądrową. I kiedy się na nich patrzy to wiadomo, że oni właśnie po to zostali urodzeni, żeby tworzyć tę cudowną muzykę. I są teraz moim Nioniem [bo Nionio to coś co lubimy słuchać, dotykać, smakować, widzieć i wąchać].


  • RSS

Polecamy

Nie masz jeszcze bloga? Załóż bloga

Polecamy